Wojtek Blecharz

Biografia

wojtek-blecharz autor zdjęcia: Joerg Letz

Wojtek Blecharz w roku, w którym piszę te słowa skończył 32 lata. Wśród kompozytorów młodego pokolenia jest jedną z najciekawszych postaci. W jego dotychczasowym życiu wiele było zakrętów, punktów granicznych, postojów, jednak ani na chwilę nie przestał poszukiwać własnej tożsamości, języka brzmieniowego, sensu swoich działań. Poszukiwania te zataczają coraz szersze kręgi, a jednocześnie systematyzują jego świat dźwiękowy, tworząc w efekcie konstrukcję niezwykle interesującą. Muzyka, którą pisze nie jest prosta zarówno dla wykonawców, jak i odbiorców jego sztuki. Wymaga przygotowania tyleż intelektualnego, co emocjonalnego. Muzyka Blecharza wypływa bezpośrednio z jego doświadczeń życiowych, jest ich wyrazem i artystycznym komentarzem. Trudno jest zatem odseparować opis twórczości od wątków biograficznych, ponieważ jego głęboka potrzeba ekspresji wynika z doświadczeń z dzieciństwa, poczucia inności. Ma podłoże posttraumatyczne.

Urodził się 21 czerwca 1981 roku w Gdyni. W materiałach do swojego doktoratu, który obecnie przygotowuje na University of California San Diego, opisuje ponad ćwierć wieku swojego życia w trzynastu słowach. Oto one: „świadomość, śmierć, trauma, żałoba, permanentne poczucie straty, odkrywanie w sobie „inności”, odrzucenie, choroba, sekrety, silna potrzeba samo-ekspresji, nadwrażliwość, balansowanie na krawędzi, dorosłe życie”. Trzeba przyznać, że owe hasła, tworzące lapidarną autobiografię, wzbudzają niepokój, ale i zaciekawienie. Wydarzeniem, które odcisnęło piętno na życiu Blecharza i wpłynęło na całe dotychczasowe jego życie i twórczość była śmierć ojca w wieku czterech lat i później żałoba, z którą przez wiele lat nie mógł sobie poradzić. Poczucie straty okazało się silniejsze od innych bodźców oddziałujących na młodego chłopca. Jeszcze w 2011 roku o swej traumie mówił w wywiadzie z Ewą Szczecińską i Janem Topolskim, stwierdzając: cały czas mam to niepoukładane[1], jednak w drugim wywiadzie dla Glissanda, którego udzielił w kwietniu 2013 roku stwierdził: czuję, że jestem pogodzony z traumą. To cały czas będzie częścią mojego życia gdzieś w głębi, ale nie chodzi o to, żeby to rozdrapywać i robić z tego dramat, tylko po prostu wydobyć z tego energię do działania[2]. Zjawisko traumy stało się kanwą dla jego opery-instalacji Transcryptum, która miała swoją premierę w maju 2013 roku. (Szerzej w rozdziale Opis twórczości).

Edukacja muzyczna Wojtka Blecharza rozpoczęła się (jak na obowiązujące standardy) dosyć późno, bo dopiero w siódmej klasie szkoły podstawowej. Zaczęło się od dwóch lat spędzonych w Państwowej Szkole Muzycznej I stopnia im. Zygmunta Noskowskiego w Gdyni w klasie oboju. Następnie Blecharz zdał do Państwowej Szkoły Muzycznej II stopnia im. Feliksa Nowowiejskiego w Gdańsku. Nie obyło się bez przeszkód. Najwyższa liczba punktów z instrumentu nie zapewniła mu przyjęcia do szkoły. Problemem był oblany egzamin z matematyki, a powód był oczywisty – wagary, które dla Blecharza nigdy nie były zmarnowanym czasem, a spędzonym na nauce, komponowaniu, czy zabawie. Powtórzył zatem ósmą klasę, by w 2001 roku ukończyć szkołę z wyróżnieniem.

Zawsze lubił prowokować. W jednym z wywiadów wspominał wystawienie Ślubu Gombrowicza w szkolnym teatrze: Rozbieraliśmy się, lizaliśmy sobie stopy. To było ekstrawaganckie, po bandzie. Nauczyciele byli oburzeni. Wszyscy poza moją wspaniałą polonistką, panią Marią Drapellą, która podeszła do mnie po tym spektaklu i powiedziała: "To było wspaniałe. Pamiętaj, bądź zawsze sobą[3]

Dużą rolę w jego młodości odegrała muzyka dawna. Jeszcze zanim poszedł do szkoły muzycznej, uczęszczał do domu kultury w Gdyni, gdzie zetknął się z muzyką średniowiecza, renesansu i wczesnego baroku. W 1997 roku wraz z Krzysztofem Pabisiem stworzył i był kierownikiem zespołu muzyki dawnej Pressus, który uchodził za jedną z najlepszych grup w Polsce interpretujących tę muzykę. Nagrody i wyróżnienia mówią same za siebie: Złota Harfa Eola na Festiwalu Muzyki Dawnej „Schola Cantorum” w Kaliszu (1998), Nagroda Ministra Edukacji Narodowej (1998), Nagroda Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego (1998), III Nagroda na Międzynarodowych Bydgoskich Impresjach Muzycznych (1999), I miejsce na Konkursie im. Mikołaja z Radomia Przeszłość dla Przyszłości (1999). Otrzymał ponadto wyróżnienia indywidualne: za precyzję wykonawczą na Festiwalu „Schola Cantorum” (1997) oraz za indywidualność artystyczną  podczas konkursu im. Mikołaja z Radomia (1999). Ten okres w swoim życiu kompozytor trafnie podsumowuje słowami: jak na tamte czasy w zakresie krajowym osiągnęliśmy wszystko, co mogliśmy osiągnąć[4].

Kolejnym ważnym, ale w równym stopniu także frustrującym doświadczeniem, były studia kompozytorskie na warszawskiej Akademii Muzycznej im. Fryderyka Chopina. Rolę kierownika zespołu Pressus pełnił wprawdzie aż do 2005 roku, ale to kompozycja była jego największym marzeniem. W czasach liceum rodziły się w nim pomysły, ale nie potrafił ich wyrazić, dręczył go strach i wstyd przed brakiem dostatecznej wiedzy. Ale potrzeba wyrażania siebie była coraz silniejsza. Połykał wówczas książki poświęcone Lutosławskiemu, Pendereckiemu, Bairdowi. Bliżej mu było do modalności niż harmonii funkcyjnej, z którą nigdy mu się nie układało. Jak sam mówi: Dla mnie równoległe kwinty zawsze zdawały się czymś pięknym i naturalnym i nigdy nie zrozumiałem, dlaczego miałbym ich unikać albo dlaczego brzmią pusto?[5] Także muzyka dawna ukształtowała jego zrozumienie pojęcia piękna, które według niego muzycy klasyczni zawłaszczyli dla „swojej” sztuki: Dopiero teraz potrafię docenić potencjał wynikający z doświadczeń z muzyką dawną, bo ona – podobnie jak muzyka współczesna – związana jest z innym pojęciem brzmienia i barwy instrumentu. Porównajmy choćby brzmienie skrzypiec i fideli: ta druga może wydawać bardzo klarowny dźwięk, ale jest też bardzo bogata we wszelkiego rodzaju przydźwięki, chropowatości, „brudy”, one do niej należą, są naturalne[6].

Klasyczne pojęcie „pięknego dźwięku” jest dla Blecharza dyskryminujące względem brzmień innych. Proponuje zatem definicję bardziej logiczną dla kompozytora współczesnego (muzyk klasyczny nie ma tego problemu: piękne jest piękne a brzydkie – brzydkie): jest to dźwięk bogaty w konkretne alikwoty, potrzebny do zagrania utworu klasycznego. Brzmienia, barwy są zróżnicowane, są inne i ta inność, hołubiona przez jednych, a dyskryminowana przez drugich, wiąże się także dyskryminacją społeczną, poczuciem inności, które wynika także z braku społecznej akceptacji dla homoseksualizmu. Wprawdzie z każdym rokiem to się zmienia, ale dla Wojtka Blecharza był to również trudny do przepracowania temat, wiążący się z problemem tożsamości, z którym boryka się w swoich kompozycjach (np. w Phenotype). Jego coming out był dramatycznym przeżyciem, gdy ktoś „życzliwy” zadzwonił do jego matki z informacją, że Wojtek jest gejem. Dla obojga była to bardzo trudna sytuacja, ale z biegiem lat matka w pełni zaakceptowała „inność”[7] Blecharza.

Wróćmy jednak do okresu studiów w Warszawie. Kompozytor otwarcie przyznaje, że myślenie prowincjusza zadecydowało o wyborze uczelni, wszak „Akademia Muzyczna w stolicy to wielki świat”[8]. Przyznaje również, że gdyby dziś miał wybierać, pojechałby do Wrocławia, gdzie jest najlepszy ośrodek muzyki współczesnej w Polsce. Okres studiów był bardzo frustrujący. Na początkowe problemy z edukacją i nadrobieniem materiału nakładało się uczenie się nieprzydatnych, w jego rozumieniu, przedmiotów, jak np. ćwiczenie dziesięciu rodzajów kadencji we wszystkich tonacjach […]. Siadasz do fortepianu i łupiesz je cały rok. Absurd![9]. Niemniej w 2005 roku otrzymał stypendium ministra Kultury za szczególne osiągnięcia w nauce, a rok później ukończył studia z wyróżnieniem w klasie Mariana Borkowskiego. Nauczył się wprawdzie dyscypliny i świetnego warsztatu orkiestracyjnego, a profesor nauczył go „wnikliwego analizowania utworów, detalicznego, skoncentrowanego na materiale i niezwykłej ‘higieny’ partytury”[10], ale: „Skończyłem te studia i załamałem się – nie wiedziałem, kim jestem”[11]. Świeżo upieczony kompozytor, z fachem w ręku, stanął w miejscu bezradny, z poczuciem bezsensu, nierozwinięty, pełny klisz i post-XIX-wiecznych nawyków. Z tego kryzysu wyrosła wrażliwość, która swój wyraz znalazła i nadal znajduje w utworach pisanych w czasie studiów doktoranckich na uniwersytecie w San Diego. Pojawiły się pytania natury tożsamościowej: Gdzie to się zaczęło? Skąd we mnie ta wrażliwość?.[12] Były to próby zdefiniowania siebie jako artysty, które z kolei ewokowały kolejne pytania: po co pisać muzykę? O czym pisać muzykę? Odpowiedzią była chęć poszukiwania treści w sobie, co może mieć wymiar psychologiczny, biologiczny, czy autobiograficzny[13]. Problem tożsamości stał się przedmiotem badań w jego studiach doktoranckich, które rozpoczął w 2008 roku. Był to moment przełomowy, dla rozwoju wrażliwości i koncepcji dźwiękowych kompozytora. Warto jednak wspomnieć jeszcze o ważnym wydarzeniu, które miało miejsce rok wcześniej. Blecharz brał bowiem udział w kursach kompozytorskich w Kürten u Karlheinza Stockhausena, kompozytora, który był dla niego wielką inspiracją zarówno kompozytorską, jak i duchową. W wielu wywiadach wspomina, jak wiele nauczył się od Stockhausena, a także, jak bardzo duchowe miał podejście do sztuki: Po dziesięć godzin dziennie zajmowaliśmy się muzyką […]. Na koniec [Stockhausen - przyp.aut.] powiedział: "Zobaczcie, siedzieliśmy tutaj przez dziesięć dni, zajmowaliśmy się czymś niezwykle idealistycznym, pięknym, czymś innym. To jest równowaga do zła, które dzieje się na świecie”.[15]

Odkąd wyjechał na studia do San Diego, wiele się w jego życiu zmieniło. A sama decyzja do łatwych nie należała: z jednej strony dłuższe rozstania ze swoim partnerem, z drugiej konieczność zaaklimatyzowania się w zupełnie nowym środowisku, innej kulturze innej rzeczywistości. Blecharz wyjeżdżał z kraju z bardzo konserwatywnym doświadczeniem muzycznym, a trafił na uniwersytet z programem w całości skoncentrowanym na muzyce współczesnej. Początki były trudne, ale decyzja okazała się strzałem w dziesiątkę. Młody, poszukujący kompozytor wpadł w wir nauki wśród ludzi pochodzących z różnych środowisk, także rockowych, czy stricte eksperymentalnych.[16] W wywiadzie dla Glissanda wspomina: Ostatnio mój kolega mnie zaskoczył: "a wiesz, ja na studiach indywidualnych buduję mikrofonową harfę, ta tutaj to już druga”, moja koleżanka śpiewaczka z kolei powiedziała mi, że ona śpiewa muzykę nową – a nie Feldmana, czy Berio.[17]

Właśnie w okresie studiów doktoranckich powstały obecnie najważniejsze jego kompozycje, wiele czerpie z postaw kompozytorskich wspomnianego już Karlheinza Stockhausena, ale i Helmuta Lachenmanna. Z wiedzą dzięki nim zdobytą, z bagażem doświadczeń i grupą inspirujących profesorów, poszukuje, rozwija się i prezentuje światu swój przepis na muzykę. Na studiach w San Diego wraz z Chinary’m Ungiem badał symbole, znaki i kody w muzyce, z Philippe’em Manourym opisywał tożsamość własnej muzyki, a z Rogerem Reynoldsem analizował Xenakisa, Varèse’a, Nono, Lachenmanna i innych.[18]

Wojtek Blecharz potrafi wykorzystać okazje, jakie stawia przed nim życie, a studia w San Diego zdają się być jedną z ważniejszych. Wykorzystuje je bardzo pracowicie, w 150 procentach, często kosztem własnego zdrowia. Doświadczenia przeżytej astmy i zaburzeń oddechu, trudnej do zaakceptowania przez wykształconego oboistę zaowocowała wszakże utworem Hypopnea, a w wywiadzie z Mike’iem Urbaniakiem dla Wysokich Obcasów na pytanie o to, jak wygląda dzień kompozytora, odpowiedział:

Chciałeś chyba zapytać, jak wygląda noc kompozytora? Nie znam umiaru, jestem pracoholikiem. Przez to siedzenie po nocach doprowadziłem się do bezsenności. Komponowanie jest jak uzależnienie. Nie wierzę w wenę. Wierzę w systematyczną, intensywną pracę, którą staram się ograniczać tylko wtedy, kiedy spędzam czas z Wojtkiem – najbardziej wyrozumiałym partnerem na świecie. Często nie idziemy do parku, albo do kina, bo ja znów mam deadline.[19]

Autor zdjecia: Kamil Zacharski

-----------------------

[1] Rozmowa Ewy Szczecińskiej i Jana Topolskiego z kompozytorem, w: Glissando 18/2011, str. 110

[2] glissando.pl/wp/2013/05/wojtek-blecharz-wywiad/

[3]Obój śni mi się po nocach, Rozmowa Mike’a Urbaniaka z kompozytorem w: Wysokie Obcasy, 25.05.2013r.

[4]-[6] Glissando 18/2011, str. 109

[7] Cudzysłów jest wyrazem mojego braku zrozumienia dla niektórych norm społecznych.

[8]-[9] Obój śni mi się po nocach, Rozmowa Mike’a Urbaniaka z kompozytorem w: "Wysokie Obcasy", 25.05.2013r.

[10]-[11] Glissando 18/2011, str. 115

[12] glissando.pl/wp/2013/05/wojtek-blecharz-wywiad/

[13] Glissando 18/2011, str. 113

[15] www.polacyzwerwa.pl/wojciech-blecharz-wywiad/

[16]-[18] Glissando 18/2011, str. 115

[19] Obój śni mi się po nocach, op. cit.

Tekst: Grzegorz Dąbrowski

Zobacz inne artykuły w kategorii Kompozytorzy 70'-80' »

Przeczytaj również

Patroni medialni
Partnerzy
Korzystanie z witryny bez zmiany ustawień przeglądarki oznacza akceptację polityki cookies.